33. Stephen King – Sklepik z marzeniami

Kolejna książka przeczytana przy akompaniamencie ekranizacji tejże, czyli Sklepik z marzeniami. Pomijając tłumacza, który robił potknięcia typu „stop” zamiast „odbiór” przy rozmowach szeryfa z centralą, to było w porządku. Nie będę wypisywać dziwnych rzeczy, bo na wikipedii angielskiej jest ładny artykuł z treścią książki i nawiązaniami jakie dało się czytelnikom wynaleźć. Pomijam drobne nieścisłości w streszczeniu.

Najbardziej w książce podobał mi się opis małomiasteczkowości. Kiedyś sama miałam pomysł na tekst, w którym więcej byłoby o życiu ludzi niż o jakiejś konkretnej fabule, ale skąd niby miałam wtedy wiedzieć dużo o życiu ^_^ Mam nadzieję, że nie zetną zbyt szybko tego drzewa przy ulicy, które miało kluczowe znaczenie dla mojej nienapisanej historii.

Bardziej podobały mi się te animozje zanim się jeszcze Leland pojawił. Potem to już nie było tak zabawnie, ale przecież przeczytałam książkę. Najważniejsza myśl, to taka, że ludzie, którzy kupili coś w sklepiku z marzeniami nie mogli tak naprawdę cieszyć się nabytkiem. Popadali w paranoję, że ktoś ukradnie ich skarb. W takim razie jak można cieszyć się lisim ogonem, którego miejsce jest na antenie samochodu, a ląduje gdzieś na szafie, czy kryształem, który powinien stać na stoliku, a jest zamknięty w komodzie? Albo wymarzona karta z futbolistą, która zamiast stanowić ozdobę i chwałę kolekcji, trzymana jest w ukryciu tak, żeby nikt nie zapytał skąd właściciel ją ma i dlaczego tak tanio. Zero przyjemności z posiadania.

Jasne, że część zachowań jest przerysowana, ale to można uznać za wpływ Lelanda na ludzi, zaślepienie i tyle. Zresztą dobrze podsycana paranoja musi przynosić podobne efekty.

Czyli książka dobra, chociaż zakończenie i sposób pokonania przeciwnika, dość dziwne. Zasadniczo logiczne, ale jednak dziwne. I Polly, która jak ognia boi się prawdy o swojej przeszłości. Oczywiście części brutalne (koniec Śmiałka, czy spotkanie Netti i Wilmy na rogu) zostały przeze mnie ominięte.

Film był… inny. Zdecydowanie należy oddzielić go grubą krechą od książki. Przede wszystkim dlatego, że to co w książce uchodziło na poważnie, w filmie wygląda śmiesznie. Przez co nabrałam podejrzenia, że film jest tragikomedią. A raczej komitragedią. To tak, żeby podkreślić ilość części tragedii i komedii. Zabawną (!) postacią był Danforth Keeton (I killed my Myrtle… Is that bad?), a dobrym aktorem Max von Sydow. Oczywiście po raz kolejny zupełnie inaczej wyobrażałam sobie miasteczko i bohaterów. Leland bardziej ususzony, jego sklepik stojący w szeregu budynków przy głównej ulicy (żadnych wzniesień!) nie jako dom mieszkalny z parterem zamienionym w sklep, tylko sklep-sklep. No i zakończenie. Zdecydowanie za bardzo patetyczne i przegadane. To przyznawanie się mieszkańców do tego, co zrobili innym mieszkańcom było takie… patetyczne. Natomiast brak samobójczej śmierci nastolatka uznaję za poprawność polityczną, czy obyczajową, bo jak to możliwe, żeby dziecko się zabiło w filmie?! Szkoda, że mąż Wilmy został zredukowany do roli popychadła i karmiciela indyków, a przecież w książce okazało się, że on wcale taki powolny nie był. Mało kto wpadłby na taki pomysł niezauważalnego manipulowania wybuchową i kochaną żonką ^_^

Ale można stwierdzić, że zarówno film jak i książka mają swoje plusy i minusy, a czytanie i oglądanie dawało radochę. Fajnie tak ^_^

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: