Archive for Grudzień, 2010

Dzwony biją

„Czarny wygon” to dyptyk Stefana Dardy – autora, który zdążył się dorobić pewnego kręgu fanów jak i antyfanów. Ci drudzy boją się otwierać lodówki, a wszystko za sprawą nachalnej promocji w wykonaniu osób z otoczenia Dardy, a właściwie jednej osoby. Ale to detal.

Kupiłam „Czarny wygon”, bo zachęcił mnie krótki opis przedstawiony w czasie spotkania autorskiego na tegorocznym Falkonie. Poza tym miałam dość pozytywne wrażenia po debiutanckiej książce Dardy. Nie śledziłam zbyt specjalnie terminów wydawniczych, ale pamiętam, że zdziwiła mnie bliskość dat wydania pierwszego i drugiego tomu. Tak było w zapowiedziach. Autor tłumaczył się, że poślizg z drugim tomem wyniknął z jego winy, czyli zbyt wielkich wymagań i zacięcia się pisarskiego. Dobrze, że nie wyczekiwałam jakoś specjalnie tej powieści, nie musiałam się zastanawiać, czy autor jeszcze żyje.

Zarówna pierwsza jak i druga część czyta się szybko i w zasadzie bez zgrzytów. Historia jest w miarę ciekawa, ale nie powala oryginalnością. W pewnym sensie przypomina „Eremantę” Joanny Skalskiej, ale ten sens ogranicza się do odosobnionej wioski, poza tym ta pani napisała powieść o wiele ciekawszą, mimo że krótszą. Fani twórczości Skalskiej nie powinni sięgać po powieść Dardy tylko na podstawie mojego skojarzenia.
Stefan Darda popełnił według mnie błąd. Albo inaczej, nie udźwignął pomysłu na formę powieści. Narracja jest przezroczysta i niby to dobrze w powieści rozrywkowej, ale nie wtedy, kiedy autor postanawia poprowadzić narrację z punktu widzenia kilku bohaterów. Nagle okazuje się, że pan w wieku starszym mówi/pisze dokładnie tak samo jak jego kolega z pracy, czy student z założenia człowiek młodszy. Poza tym partie dzienników, jak na teksty pisane często pod presją czasu, są zbyt poprawne, jakby ich autorzy nie musieli się spieszyć i mogli spokojnie dopracować zdania. A nie zawsze tak było. Nawet ja nie piszę tak hiperpoprawnie na blogu!!!1111oneonejeden A mam czas.

Czy to przeszkadza? W zasadzie nie, ponieważ czytelnik chce się dowiedzieć, co będzie dalej, nawet jeśli w pewnym momencie siada napięcie. Czyli największa tajemnica zostaje odrobinę wyjaśniona, zmienia się wskazóweczka zagrożenia i nagle człowiek przekonuje się, że czyta, żeby zobaczyć, co z tego wyniknie, ale nie jest to czytanie w celu rozwikłania tajemnicy. A sam grzech jest taki… oklepany. Ja rozumiem, że tragedia, że niektórym nie stało kręgosłupa moralnego, ale wytłumaczenie zmusza czytelnika do zanucenia „ale to już było~~”, mimo że nie przypominam sobie innej powieści z podobnym pomysłem.
Nie jest jednak tak źle. Na plus należy policzyć autorowi, że nie zawahał się wprowadzić motywów dodatkowych, ubarwiających fabułę, a niepołączonych bezpośrednio z głównym wątkiem. Są ze dwa, aczkolwiek na chwilę obecną mogę sobie przypomnieć tylko jeden. To nie świadczy zbyt dobrze o książce, bo przecież nie ma nic wspólnego z moją pamięcią. Plusowo oceniam zakończenie historii, jest takie… niejednoznaczne.

Czy sięgnę po następną książkę Stefana Dardy? Nie, raczej nie. Ponieważ o ile debiut był ciekawy i klimatyczny, o tyle „Czarny wygon” nie powalił. Być może planowany zbiór opowiadań będzie genialny jak i zapowiadana na odległą przyszłość książka w stylu debiutu, ale jeśli nie przekonają mnie do zakupu wiarygodne źródła, nie zamierzam dalej inwestować w tego autora.

Leave a comment »

Co słychać nad wodą?

Czasem człowiek tak ma, że lubi wiedzieć, co w trawie piszczy. I w tym celu czyta sobie dzieła sztuki typu „Zmierzch” Stephenie Meyer albo sięga po rozlewisko Małgorzaty Kalicińskiej.

Ku memu zdziwieniu okazało się, że nie ma tej autorki wśród zasobów bibliotecznych, a zdawało mi się, że któregoś razu widziałam to nazwisko na półce. Wprawdzie po dokładniejszym zerknięciu na przyporządkowanie rzeczonej półki wyszło mi, że tam powinni stać grzecznie autorzy zagraniczni, ale… W każdym razie nie było.

Zdziwiłam się więc, kiedy na stoliczku z dopiero co oddanymi książkami zobaczyłam trzeci tom serii. Zapytałam panią bibliotekarkę, czy nie ma pierwszego. Zapytałam, bo akurat nie było nikogo innego w okolicy, więc obciach mniejszy, a autorka na tyle znana, że bibliotekarka powinna kojarzyć, biorąc pod uwagę, że chętnie czyta książki i poleca użytkownikom przybytku.

Czytelniczka w podeszłym wieku: A to dobre jest?
Bibliotekarka: To fantastyka.

Domyślam się, że chodziło o „Inne pieśni”, które właśnie wtedy oddałam i wylądowały na sławnym stoliczku. A że wyglądają tak niefantastycznie… Poza tym Dukaj oczywiście nie stoi w dziale Fantastyka.

Z drugiej strony pani bibliotekarka przypomniała mi o Borysie Akuninie, którego chwali agrafek. Fakt, że wtedy akurat komu innemu polecała, ale ta osoba nie skusiła się, a ja potem zawinęłam tom pierwszy (Bibliotekarka: Tak, można czytać pojedynczo, bo to niepołączone ze sobą historie.), następnym razem tom kolejny. Na wiele szaleństw nie ma miejsca, bo są tylko trzy. Dobrze przynajmniej, że trzy kolejne.

Bibliotekarka na moje pytanie o Kalicińską stwierdziła dość pokrętnie, że pierwszy tom, to przecież wszyscy… coś-tam, coś-tam. Hmm… znaczy, że ja go mam, przeczytałam i o tym nie pamiętam? Ale potem powiedziała, że da mi drugi tom, który chronologicznie jest pierwszy, bo tam jest o matce bohaterki pierwszego tomu, a trzeci tom to kontynuacja pierwszego, więc drugi można spokojnie czytać. Mogła mi tak jeszcze długo tłumaczyć, bo ja nie miałam zielonego pojęcia, co jest w pierwszym, drugim i trzecim tomie, że o ewentualnych kontynuacjach nie wspomnę. Wyciągnęła więc drugi tom z biurka i mi go wypożyczyła. Nie wiem, co on tam robił. Pewnie odpoczywał po nawale czytelniczym. Widać, że zmęczony życiem. Ale miło mi, że pani bibliotekarka mi go wytrzasnęła spod ziemi. Powiedziała przy tym, że ona raczej za taką literaturą nie przepada, ale ta książka akurat jej się podoba.

Tym sposobem „Powroty nad rozlewiskiem” stały się pierwszą lekturą z trzech wypożyczonych tytułów. Książkę przeczytałam dość szybko, zawiedziona, że jest z błędem w składzie, bo część stron się powtarzała, a tam akurat miało miejsce poskramianie złośnika, ale tak czy inaczej poszło szybko. Oczywiście nasunęła mi się myśl, że to taka książka kucharska z fabułą, bo jak to wygląda, że w trakcie lektury człowiek natrafia na w miarę dokładne przepisy na przetwory, ciasta, chleby i tym podobne potrawy. Ale nie szkodzi. Daje to jakiś wgląd w to, jak się kiedyś gotowało i jak bardzo człowiek poszedł teraz na łatwiznę. Książka ma jednak swoje dwa minusy. Jeden jest ściśle uwarunkowany przez moje doświadczenia życiowe (fajnie to brzmi), więc ten element pominę. Drugi sprawił, że lektura mnie zawiodła. Wychodzi na to, że jednak jestem więźniem fabuły. Kiedy czytam książkę, spodziewam się, że autor chce mnie zaprowadzić do jakiegoś konkretnego celu fabularnego. Kalicińska poprowadziła mnie przez życie bohaterki, jej rodziców, rodzeństwo, znajomych, ale celu fabularnego nie osiągnęła. W sumie powinnam się spodziewać tego po książce stanowiącej swego rodzaju biografię. Bo jaki jest cel w życiu oprócz życia? Nic nie ma o ratowaniu świata, walce ze złem i tym podobnych fanaberiach fabularnych. Tak więc w tym miejscu fabuła mnie zawiodła. (Trochę to przypomina bezpointowość „Balzakiany” Jacka Dehnela.)

I tyle. Kolejnych tomów czytać nie będę. Nie jestem aż tak głodna czyjegoś życia.

Leave a comment »