Dzwony biją

„Czarny wygon” to dyptyk Stefana Dardy – autora, który zdążył się dorobić pewnego kręgu fanów jak i antyfanów. Ci drudzy boją się otwierać lodówki, a wszystko za sprawą nachalnej promocji w wykonaniu osób z otoczenia Dardy, a właściwie jednej osoby. Ale to detal.

Kupiłam „Czarny wygon”, bo zachęcił mnie krótki opis przedstawiony w czasie spotkania autorskiego na tegorocznym Falkonie. Poza tym miałam dość pozytywne wrażenia po debiutanckiej książce Dardy. Nie śledziłam zbyt specjalnie terminów wydawniczych, ale pamiętam, że zdziwiła mnie bliskość dat wydania pierwszego i drugiego tomu. Tak było w zapowiedziach. Autor tłumaczył się, że poślizg z drugim tomem wyniknął z jego winy, czyli zbyt wielkich wymagań i zacięcia się pisarskiego. Dobrze, że nie wyczekiwałam jakoś specjalnie tej powieści, nie musiałam się zastanawiać, czy autor jeszcze żyje.

Zarówna pierwsza jak i druga część czyta się szybko i w zasadzie bez zgrzytów. Historia jest w miarę ciekawa, ale nie powala oryginalnością. W pewnym sensie przypomina „Eremantę” Joanny Skalskiej, ale ten sens ogranicza się do odosobnionej wioski, poza tym ta pani napisała powieść o wiele ciekawszą, mimo że krótszą. Fani twórczości Skalskiej nie powinni sięgać po powieść Dardy tylko na podstawie mojego skojarzenia.
Stefan Darda popełnił według mnie błąd. Albo inaczej, nie udźwignął pomysłu na formę powieści. Narracja jest przezroczysta i niby to dobrze w powieści rozrywkowej, ale nie wtedy, kiedy autor postanawia poprowadzić narrację z punktu widzenia kilku bohaterów. Nagle okazuje się, że pan w wieku starszym mówi/pisze dokładnie tak samo jak jego kolega z pracy, czy student z założenia człowiek młodszy. Poza tym partie dzienników, jak na teksty pisane często pod presją czasu, są zbyt poprawne, jakby ich autorzy nie musieli się spieszyć i mogli spokojnie dopracować zdania. A nie zawsze tak było. Nawet ja nie piszę tak hiperpoprawnie na blogu!!!1111oneonejeden A mam czas.

Czy to przeszkadza? W zasadzie nie, ponieważ czytelnik chce się dowiedzieć, co będzie dalej, nawet jeśli w pewnym momencie siada napięcie. Czyli największa tajemnica zostaje odrobinę wyjaśniona, zmienia się wskazóweczka zagrożenia i nagle człowiek przekonuje się, że czyta, żeby zobaczyć, co z tego wyniknie, ale nie jest to czytanie w celu rozwikłania tajemnicy. A sam grzech jest taki… oklepany. Ja rozumiem, że tragedia, że niektórym nie stało kręgosłupa moralnego, ale wytłumaczenie zmusza czytelnika do zanucenia „ale to już było~~”, mimo że nie przypominam sobie innej powieści z podobnym pomysłem.
Nie jest jednak tak źle. Na plus należy policzyć autorowi, że nie zawahał się wprowadzić motywów dodatkowych, ubarwiających fabułę, a niepołączonych bezpośrednio z głównym wątkiem. Są ze dwa, aczkolwiek na chwilę obecną mogę sobie przypomnieć tylko jeden. To nie świadczy zbyt dobrze o książce, bo przecież nie ma nic wspólnego z moją pamięcią. Plusowo oceniam zakończenie historii, jest takie… niejednoznaczne.

Czy sięgnę po następną książkę Stefana Dardy? Nie, raczej nie. Ponieważ o ile debiut był ciekawy i klimatyczny, o tyle „Czarny wygon” nie powalił. Być może planowany zbiór opowiadań będzie genialny jak i zapowiadana na odległą przyszłość książka w stylu debiutu, ale jeśli nie przekonają mnie do zakupu wiarygodne źródła, nie zamierzam dalej inwestować w tego autora.

Leave a comment »

Co słychać nad wodą?

Czasem człowiek tak ma, że lubi wiedzieć, co w trawie piszczy. I w tym celu czyta sobie dzieła sztuki typu „Zmierzch” Stephenie Meyer albo sięga po rozlewisko Małgorzaty Kalicińskiej.

Ku memu zdziwieniu okazało się, że nie ma tej autorki wśród zasobów bibliotecznych, a zdawało mi się, że któregoś razu widziałam to nazwisko na półce. Wprawdzie po dokładniejszym zerknięciu na przyporządkowanie rzeczonej półki wyszło mi, że tam powinni stać grzecznie autorzy zagraniczni, ale… W każdym razie nie było.

Zdziwiłam się więc, kiedy na stoliczku z dopiero co oddanymi książkami zobaczyłam trzeci tom serii. Zapytałam panią bibliotekarkę, czy nie ma pierwszego. Zapytałam, bo akurat nie było nikogo innego w okolicy, więc obciach mniejszy, a autorka na tyle znana, że bibliotekarka powinna kojarzyć, biorąc pod uwagę, że chętnie czyta książki i poleca użytkownikom przybytku.

Czytelniczka w podeszłym wieku: A to dobre jest?
Bibliotekarka: To fantastyka.

Domyślam się, że chodziło o „Inne pieśni”, które właśnie wtedy oddałam i wylądowały na sławnym stoliczku. A że wyglądają tak niefantastycznie… Poza tym Dukaj oczywiście nie stoi w dziale Fantastyka.

Z drugiej strony pani bibliotekarka przypomniała mi o Borysie Akuninie, którego chwali agrafek. Fakt, że wtedy akurat komu innemu polecała, ale ta osoba nie skusiła się, a ja potem zawinęłam tom pierwszy (Bibliotekarka: Tak, można czytać pojedynczo, bo to niepołączone ze sobą historie.), następnym razem tom kolejny. Na wiele szaleństw nie ma miejsca, bo są tylko trzy. Dobrze przynajmniej, że trzy kolejne.

Bibliotekarka na moje pytanie o Kalicińską stwierdziła dość pokrętnie, że pierwszy tom, to przecież wszyscy… coś-tam, coś-tam. Hmm… znaczy, że ja go mam, przeczytałam i o tym nie pamiętam? Ale potem powiedziała, że da mi drugi tom, który chronologicznie jest pierwszy, bo tam jest o matce bohaterki pierwszego tomu, a trzeci tom to kontynuacja pierwszego, więc drugi można spokojnie czytać. Mogła mi tak jeszcze długo tłumaczyć, bo ja nie miałam zielonego pojęcia, co jest w pierwszym, drugim i trzecim tomie, że o ewentualnych kontynuacjach nie wspomnę. Wyciągnęła więc drugi tom z biurka i mi go wypożyczyła. Nie wiem, co on tam robił. Pewnie odpoczywał po nawale czytelniczym. Widać, że zmęczony życiem. Ale miło mi, że pani bibliotekarka mi go wytrzasnęła spod ziemi. Powiedziała przy tym, że ona raczej za taką literaturą nie przepada, ale ta książka akurat jej się podoba.

Tym sposobem „Powroty nad rozlewiskiem” stały się pierwszą lekturą z trzech wypożyczonych tytułów. Książkę przeczytałam dość szybko, zawiedziona, że jest z błędem w składzie, bo część stron się powtarzała, a tam akurat miało miejsce poskramianie złośnika, ale tak czy inaczej poszło szybko. Oczywiście nasunęła mi się myśl, że to taka książka kucharska z fabułą, bo jak to wygląda, że w trakcie lektury człowiek natrafia na w miarę dokładne przepisy na przetwory, ciasta, chleby i tym podobne potrawy. Ale nie szkodzi. Daje to jakiś wgląd w to, jak się kiedyś gotowało i jak bardzo człowiek poszedł teraz na łatwiznę. Książka ma jednak swoje dwa minusy. Jeden jest ściśle uwarunkowany przez moje doświadczenia życiowe (fajnie to brzmi), więc ten element pominę. Drugi sprawił, że lektura mnie zawiodła. Wychodzi na to, że jednak jestem więźniem fabuły. Kiedy czytam książkę, spodziewam się, że autor chce mnie zaprowadzić do jakiegoś konkretnego celu fabularnego. Kalicińska poprowadziła mnie przez życie bohaterki, jej rodziców, rodzeństwo, znajomych, ale celu fabularnego nie osiągnęła. W sumie powinnam się spodziewać tego po książce stanowiącej swego rodzaju biografię. Bo jaki jest cel w życiu oprócz życia? Nic nie ma o ratowaniu świata, walce ze złem i tym podobnych fanaberiach fabularnych. Tak więc w tym miejscu fabuła mnie zawiodła. (Trochę to przypomina bezpointowość „Balzakiany” Jacka Dehnela.)

I tyle. Kolejnych tomów czytać nie będę. Nie jestem aż tak głodna czyjegoś życia.

Leave a comment »

Bo dawno mnie tu nie było

Dużo ostatnio czytam, bo wiadomo, że życie krótkim jest, a książki powstają coraz liczniej. Tyle że oczywiście nie wszystkie warto czytać. Na ten przykład uznałam, że „Balzakiany” Jacka Dehnela nie warto kończyć i wróciła na biblioteczną półkę w calu dalszego się kurzenia, nie zostając przeze mnie przeczytaną. Ale jak już wzięłam tego Krzysztofa Kotowskiego, a dokładniej „Kapłana”, to stwierdziłam, że przecież nie oddam kolejnej książki nieprzeczytanej. I przeczytałam.

A mogłam jednak nie. Po fakcie stwierdziłam, że po kolejną książkę tego autora nie sięgnę, bo nie. A przecież „Marika” nawet w miarę ciekawa była, czy przynajmniej taką mi w pamięci została. W „Kapłanie” fabuła mi się nie klei, napięcia brak, część rzeczy autor tłumaczy przypisami, część nie. Ale na przykład dawanie przypisu do czegoś, co w najbliższym sąsiedztwie zostaje osadzone i wyjaśnione w kontekście… Ciekawe rozwiązanie. Opisy walki tak szybkiej, że wzrok świadków nie nadąża za ruchami walczących… to dla mnie szczyt pójścia na łatwiznę. (Sprawdzić, czy sama tak nie robiłam.)

Ale zastanowiło mnie przez chwilę, co by z taką fabułą, która jest fantastyczna, ale pretekstowo (i kilka razy powtórzone, że człowiek nie wykorzystuje wszystkich możliwości mózgu, a powtórzone na wypadek, gdyby czytelnik nie załapał za pierwszym razem), więc co by z taką fabułą kryminalną zrobił Konrad T. Lewandowski? Myśl mi szybko uciekła, bo przecież on by tego nie ruszał i wymyślił coś, co bardziej trzyma się… khem… całości. A myśl ta pojawiła się stąd, że troszkę wcześniej przeczytałam „Elektryczne perły” i mi się spodobały. Widać pracę włożoną w pisanie, masa opisów, które nie mają związku z głównym wątkiem śledczym, ale mi to nie przeszkadza, bo uznaję bohatera zbiorowego i powiedzmy… obyczajowo-historycznego. Humor mi pasował, niestandardowe przestępstwo i bohaterowie także. I już. A u Kotowskiego nic z tych rzeczy. Jest superbohater, któremu wszystko się udaje, a udaje się, bo jest taki dobry z charakteru i umiejętności. Skazy na nim żadnej nie ma. A te jego umiejętności, które odziedziczył po swoich przodkach się kumulują, bo przecież ręka jest szybsza niż myśl, znaczy oko. Nie, nie podoba mi się taki bohater, teorie spiskowe o 11. września i tym podobne. Nie i koniec.

Natomiast „Elektryczne perły” spodobały się na tyle, że w ciemno zamówiłam cały zestaw z tej serii i przekazałam jako prezent ślubny. A ponieważ to prezent ślubny, więc niestety nie przeczytałam pozostałych tomów. Może kiedyś (albo pożyczę od państwa młodych).

Potem przeczytałam „wiedźmę.com.pl”. Nastawiałam się na to, że powieść nie jest dziełem sztuki Ewy Białołęckiej, bo nie czytałam słów zachwytu, szum powalonych nowych fanów nie dotarł do moich uszu. Słowem, książka niby przeciętna, ale chciałam jej dać szansę. Przyjemnie mnie zaskoczyła. Bohaterka osadzona kulturowo ze zrozumiałym fantastycznoliterackim tłem, ale Narni czytać nie chcę, choć zaczęłam. Jest redaktorką, żeby nie było. Przypasowała mi jej postawa, ale nie uważam, że jest wzorem do naśladowania.

Słowem – podobało mi się.

Do momentu kiedy nie zaczęłam czytać „Raz do roku w Skiroławkach” Zbigniewa Nienackiego. Porównanie nasuwa się samo, czyli dawno nie spotykana przeze mnie wieś odizolowana w pewien sposób od świata dokoła i studium ludzi ją zamieszkujących. I tu oczywiście Ewa Białołęcka przegrywa, bo jej wcale nie zależało na opisie ludzi. Pokazała bohaterkę z naszej rzeczywistości wkraczającą na teren należący do przeszłości. O ile w obu powieściach jest podział na „inteligentów” i „wieśniaków”, to u Białołęckiej bohaterka nie poznaje i nie chce poznać „wieśniaków” zadając się z „inteligenckim” lekarzem, a „wieśniaków” wykorzystując jako tanią siłę roboczą. (Sprawdzić, czy nie ma drugiego tomu w planach.) Ale nie wymagam. Przyjęta forma narracji nie pozwalała na integrowanie czytelnika z mieszkańcami wsi.
Białołęcka przegrywa językowo. Jej narracja jest przezroczysta (piękne określenie), u Nienackiego jest poetycznie wręcz, pojawiają się określenia rzadko stosowane, czy wręcz wypadnięte z użytku. Ale to wszystko ładnie gra i mnie zachwyca. I jest dzięcielina pała. To znaczy jej nie ma, ale są inne, jej podobne.

Czytam Nienackiego i tak się smutno robi. Książki jeszcze nie skończyłam. Gdzieś tak w połowie jestem, ale smutno się robi.

Do sprawdzenia w bibliotece:
Zbigniew Nienacki „Wielki las”
Zbigniew Nienacki „Dagome iudex”
Wawrzyniec Podrzucki cykl Yggdrasil
Konrad T. Lewandowski „Bursztynowe krolestwo” (to akurat jest, ale ciągle nie trafiam)
Andrzej Sapkowski trylogia husycka (to też jest, ale zawsze mi umyka sprzed nosa)

Nowości raczej nie uświadczę, dlatego nadrabiam zaległości.

2 komentarze »

17. Oliver Kuhn – Doskonały uwodziciel

Książka pojawiła się jakiś czas temu, więc można o niej już coś napisać. Przede wszystkim to, że niekoniecznie jest dobra na polskie realia. Przynajmniej nie na te typowe. Bardziej się sprawdzi w dużych miastach. W dużym mieście. Na przykład w Warszawie, gdzie koszulka z ledowym napisem może jedynie ledwo dziwić, a rzucanie złośliwych tekstów nie skończy się od razu rozkwaszonym nosem. Ciekawe jak prezentowałby się amant w ledowej koszulce i marynarce w klubie w… Chełmie. Czy kupując takie ubranie, stałby się bożyszczem wszystkich pań przebywających w tym lokalu? Czy mógłby mieć każdą w toalecie? Intrygujące, ale nie wiem, czy chcę poznać odpowiedź na to pytanie. Bo koszulka to jedno, a fakt lecenia na nią to drugie.

Książka ma swoje plusy. Zwłaszcza kobiety mogą sobie po raz kolejny uświadomić, że mężczyźni nie myślą… wróć! Mogą sobie uświadomić, o czym myślą mężczyźni. Ale książka daje też wejrzenie w to, jak myślą same kobiety i w związku z tym niektóre czytelniczki mogą sobie uporządkować co nieco, uświadomić, jak to jest z tymi dwudziestoma pięcioma punktami, gdzie ostatni oznacza skok do łóżka. Można poznać drobne sztuczki NLP, dowiedzieć się, co oznacza przeczesywanie dłonią włosów i dlaczego ten gość tak krzyczy! Z drugiej strony, jakie muszą zachodzić albo i nie zachodzić procesy myślowe u kobiety, która decyduje się na seks w toalecie klubu?

Zawsze najtrudniej jest zagadać. Książka udowadnia, że zagadanie to sztuka, którą można opanować do perfekcji, na setce kobiet. Na początek. Można się dowiedzieć, że mężczyźni robią z tego wielkiego demona i boją się powiedzieć:

– Masz fajne buty. To McQueen?

Oczywiście nie zerkając w ogóle na nogi rozmówczyni.

Dla mnie przerażający jest fakt, że istnieją również u nas firmy organizujące wyjazdy do ciepłych miejsc i oferujące przede wszystkim naukę podrywu. Dość drogie to wyjazdy i szkolenia, więc uważam je raczej za formę snobistycznego spędzania czasu lub ostatniego krzyku desperacji. Aha, mają też kursy na miejscu. W dużych miastach. W jednym konkretnie. Ale i tak zabawa jest droga.

Na tubce są filmiki ze szkoleń, można też zobaczyć trenera w akcji. To znaczy nie w toalecie, ale jeszcze w barze. Klasyka: wróżenie z dłoni, nabijanie się z innych, gry i psychozabawy. Ale zdaje się, że to działa. Tylko co z tego działania wynika? Autor książki posuwa się jedynie do drugiej randki. Nie jest zwolennikiem szybkiego zaliczania. On woli kobiety zdobywać (i rzucać zapewne też, skoro ciągle o nowych mowa). Nie opisuje, co się dzieje dalej. Daje w tym temacie ogólne wskazówki. Zresztą wiadomo – każdy związek jest inny.

Bardzo podoba mi się nazwa wydawnictwa – Hidari. Prawda, że śliczna nazwa? ^_^

Książka ma plusy i minusy. Ja się przy niej nieźle ubawiłam.

Do nabycia w księgarniach Świata Książki i na ichniej stronie.

3 komentarze »

Glutki atakują

Najpierw było takie coś w wersji cyfrowej:

Teraz jest takie coś w wersji real:
Akryle na płótnie 40x30cm. Kolory zdjęcia oczywiście odbiegają troszkę od rzeczywistości ^_^

11 komentarzy »

Szukane-znalezione

Kiedyś, gdzieś zasłyszane i spodobane, ale było w wersji bez tytułu i zespołu. Po samych tekstach znalezione. Okazało się, że to Apocalyptica z Matthiasem Sayerem w utworze Hope vol. 2 ^_^

Leave a comment »

Marchewka

kłóliśWiem, stare ;p

Leave a comment »